„Console Wars” – Nintendo niczym pies chłeptający wodę z kibla

Europa, a szczególnie Polska zapisała w annałach elektronicznej rozrywki własną historię. Gdy my stukaliśmy w klawisze mikrokomputerów i lataliśmy z nośnikami magnetycznymi na giełdę (bo było tanio i elastycznie), nasi amerykańscy i japońscy rówieśnicy wciskali w obudowy swoich konsol kartridże przyniesione prosto ze sklepu (bo było szybko i wygodnie). Choć wraz z konkretnymi tytułami ścieżki obu pływających wysp wielokrotnie się przecinały to przez lata 80 i 90 pozostały odmiennymi lądami, z własnym klimatem, fauną, a szczególnie dystrybucją zasobów.

Jeżeli byłeś dzieckiem polskich realiów lat 80/90 to teraz pozostaje zadać mi tylko następujące pytania. Czy płynie w Twoich żyłach krew dawnych podróżników? Czy nie boisz się zejść do mrocznych piramid, aby poszerzyć wiedzę o odmiennych kulturach? Podszytych tchórzem żegnam w tym momencie, otwarte umysły zapraszam na recenzję fascynującej cegły lektury Blake’a J. Harrisa „Console Wars”.

Jak Sega ukradła święta

Na 576 stronach autor postawił sobie za cel przedstawić ludzi, którzy stali za jednym z ciekawszych konfliktów w historii gier wideo – wojny Nintendo z Segą, bitwy Super Nintendo z Segą Mega Drive (zwaną też Genesis), mordobiciem Mario z Sonickiem. W bitewnym pyle przewija się też Sony, Mortal Kombat, Donkey Kong Country, film Super Mario Bros., Michael Jackson, Psygnosis, Rare, Atari, 3DO, liczne gwiazdy sportowe, jednym słowem wszystko co przyśpieszało bicie serca amerykańskim dzieciakom pierwszej połowy lat 90.

Osią akcji w książce jest działalność niezwykle skutecznego Toma Kalinskego, który w 1990 obejmuje stery Sega of America. Są to mroczne czasy, gdy rynkiem rządzi jeden niepodzielny władca  Nintendo, posiadając 90% rynku. W ciągu kilku lat Kaminske i powołany przez niego zespół szaleńców, poprzez agresywne i oryginalne działania wyrywa ponad połowę rynku, i przeprowadza rewolucję w całej branży. Reklamy telewizyjne, w których stawia się znak równości między posiadaniem Game Boya a chłeptaniem wody z kibla, to tylko mały fragment amunicji z jakiej strzelają marketingowi snajperzy Segi.

„Of course, you wouldn’t care if you drank from the toilet either.”


Książkowy dwupak: powieść i dokument

Aby jak najbardziej uatrakcyjnić swoją opowieść Blake J. Harris sięgnął po beletrystyczną formułę. Książka napisana jest jak powieść, są dialogi, bohaterowie dzielą się swoimi myślami, wrażeniami, uczuciami. Fabuła ma filmowy rozmach, akcja miejscami przyśpiesza niczym na rollercoasterze, że musimy sprawdzać czy faktycznie czytamy książkę o starciu korporacji czy może spisaną wersję filmu Die Hard. Dopiero te wszystkie elementy są uzupełniane przez różne dokumentalne wstawki, życiorysy bohaterów, genezę danych firm czy zjawisk. Suma sumarum efekt jest znakomity, bo poszerzając swoją wiedzę o detale historycznych wydarzeń doskonale się bawimy, czyli jak nie szukając daleko tak jak w dzieciństwie czytając przygody Tytusa de Zoo.

Odpowiedź na nintendowy Mode 7, czyli marketingowa ściema o nazwie „blast processing” .


Warto podkreślić jeszcze jedną rzecz, pomimo że jest to książka związana z grami niewiele wykopiemy tu kruszcu o samym powstawaniu gier czy poznamy bezpośrednich twórców. To książka o korporacjach, strategiach, biznesie, a ponad wszystkim o marketingu. Ale choć na te hasła większość z nas zaczyna ziewać to nie ma w nich nudy. Bo jak się nie śmiać z następujących epizodów. Przykładowo w wyniku lawiny źle podejmowanych biznesowych decyzji, film Super Mario Bros. jest na tak chaotycznym etapie, że aktorzy grający rolę Mario (Bob Hoskins) i Luigiego (John Leguizamo) są regularnie pod wpływem alkoholu, przez co w konsekwencji rozbijają się samochodem na planie filmowym i część scen Bob Hoskins gra w gipsie. Albo arcyważna prezentacja wisi na włosku, bo jedyna osoba posiadająca nośnik z grą Aladdin rozchorowała się i zabarykadowała w pokoju hotelowym. Gdy wreszcie udało się sforsować drzwi, poszkodowany wymienia kolejne cyfry do sejfu co chwila chowając głowę w muszli klozetowej.

Nie wierz we wszystko co ludzie mówią

Przyjęty styl książki pomimo wielu zalet ma też swoje słabości. Największa z nich to wymóg obycia czytelnika w odsiewaniu złotego proszka od bezwartościowego piachu. Autor opisuje MYŚLI, WYPOWIEDZI i WRAŻENIA swoich bohaterów, oczywiście powstałe na bazie rozmów z nimi, ale nie zmienia to faktu, że musi sam sporo konfabulować, aby utrzymać rytm książki i tak szczegółowy opis wielu sytuacji.

Al Nilsen (maestro marketingu), Shinoba Toyoda (zaufany człowiek w kontaktach z Sega of Japan) i sam Tom Kalinske (CEO Sega of America).

console-wars-nielsen-toyoda-kalinske

Druga sprawa to zwykle wyjątkowo pozytywny obraz wszystkich korporacji i najwyżej szarży zarządzającej. Nie odmawiam możliwości istnienia dobrze naoliwionej maszyny, utalentowanych wizjonerów i szerokiej grupy zadowolonych z sukcesów własnej firmy, ale autor uderza miejscami w zbyt cukierkowe tony. Wypowiedzi dyrektorów niczym największych dowódców do swoich wojsk, bezkrytyczne oddanie pracowników czy te moralne dylematy „zarabiać wagony kasy czy robić brutalne gry” brzmią po prostu naiwnie. Szczególnie, że co chwila myśli i słowa bohaterów nie odpowiadają czynnością i decyzjom, które podejmują. Dobrze przy tych fragmentach zmrużyć oczy niż brać to wszystko na słowo honoru.

Retrogracz bez „Console Wars” jest jak żołnierz bez karabinu

Pomimo powyższych zgrzytów i odpowiedzialności jaka stoi przed czytelnikiem w odsiewaniu bajek od informacji książka jest fe-no-me-na-lna. Czułem głęboki smutek, gdy natknąłem się na ostatnią stronę. Obok wywiadu-rzeka z „Sensible Software 1986-1999” jest to zdecydowanie najlepszy kawałek historii o elektronicznej rozrywce jaką dane mi było czytać w tym roku. Liczba ciekawostek i przemyśleń związanych z funkcjonowaniem firm konsolowych jest tutaj ogromna.

Książka jak żywa. 


Nie mam zamiaru tonować mojego zadowolenia z lektury. Wręcz przeciwnie, napiszę jeszcze bardziej entuzjastycznie. Jeżeli chcesz się nazywać prawdziwym retrograczem to już nie wystarczy kolekcja archaicznego sprzętu, zwiedzanie imprez retro i prenumerata Retro Gamera. Trzeba mieć jeszcze przeczytany egzemplarz Console Wars na półce.

A teraz tylko czekać na adaptację filmową. Tak. Autor książki przy współpracy z Sony Pictures właśnie takową pichcą. Hurra!

Jak działa system ocen.

! ! ! ! !

0 0 0 0 0

Kupić!

# # # # #

  • Ojciec Fernando

    W przeciwieństwie do „History of Ocean” potrafili udostępnić w wersji Kindle. Chętnie się zapoznam!

    • http://www.bigdaddyscreations.com Pancho

      Tak,
      ja przyznam się, że czytałem wersje na Kindle, a wersje papierową
      mam, aby ją macać, pokazywać i stała dumnie na półce. Z Amazona
      można od razu pociągnąć całkiem sporego sample’a zanim się
      zapłaci.